PORTAL MIESIĘCZNIKA AUDIO-VIDEO

Luxman L-595A Special Edition

Sie 03, 2023

Z urządzeniami Luxmana mamy dość regularny kontakt od mniej więcej dwóch lat. Tym razem okazja jest szczególna – jako pierwsi w Polsce przetestowaliśmy limitowaną, rocznicową integrę L-595A Special Edition.

Dystrybutor: Audio Klan, www.audioklan.pl
Cena: 58 000 zł (wrzesień 2021 r.)
Dostępne wykończenia: srebrno-czarne

Tekst i zdjęcia: Filip Kulpa

Artykuł pochodzi z Audio-Video 9/2021 - KUP PEŁNE WYDANIE PDF

audioklan

 

 


Wzmacniacz zintegrowany Luxman L-595A Special Edition

TEST

Luxman L-595ASE 

Kontakt organoleptyczny z tym urządzeniem oraz jego obsługa są ucztą dla zmysłów.


Luxman jednym z najstarszych wytwórców elektroniki użytkowej w Japonii. Firmę Lux Corporation założyli w 1925 r. dwaj bracia: miłośnik, wówczas jeszcze raczkującej, radiofonii, Tetsuo Hayakawa oraz K. Yoshikawa. Pojawienie się pierwszych transmisji radiowych w Japonii wzbudziło ich zainteresowanie radiofonią i stało się okazją do rozwinięcia wcześniejszego biznesu (sprzedaży ramek na zdjęcia). Wówczas Kraj Kwitnącej Wiśni był całkowicie uzależniony od importu elektroniki ze Stanów Zjednoczonych i Europy. By zachować konkurencyjność, zdecydowano się zmienić stricte handlowy profil firmy i stopniowo przekształcić ją w wytwórcę części elektronicznych. W 1928 roku stworzono pierwszy radioodbiornik z głośnikiem – LUX-735. Po wojnie firma zaczęła produkować transformatory głośnikowe do wzmacniaczy lampowych, którymi zasłynęła na początku lat 50. (model OY-15). W 1955 r. opracowano sztandarowy patent – sprzężenie zwrotne, a trzy lata później rozpoczęto produkcję lampowych monobloków MA-7A. Lata 60. obfitowały w premiery zintegrowanych wzmacniaczy lampowych, na czele ze słynnym modelem SQ-38. Kolejna dekada przyniosła stworzenie marki Luxkit dedykowanej hobbystom DIY (mogli oni kupować kompletne zestawy do montażu) oraz high-endowe wzmacniacze wykonane w technice półprzewodnikowej, takie jak końcówka mocy M-6000 (1975) oraz wiele innych, innowacyjnych na tamte czasy urządzeń bardzo wysokiej klasy. Początek lat 80. oznaczał dalszy ciąg innowacji, takich jak gramofon PD-300 wyposażony w system przysysania płyty (skąd my to znamy?) czy supermagnetofony kasetowe: D-05 Omega czy późniejszy K-05 legitymujący się pasmem przenoszenia sięgającym 27 kHz (!) oraz parametrem drżenia i kołysania dźwięku na poziomie 0,022%. Miały one za zadnie przyciągnąć uwagę dotychczasowych użytkowników magnetofonów szpulowych. To był czas, kiedy firmie szefował Atshushi Miura, zięć pana Yoshikawy (później założyciel AirTighta) – aż do przejęcia marki w 1984 r. przez koncern Alpine. Do końca lat 80. Luxman zdołał wypuścić wiele wspaniałych konstrukcji, wśród których warto wymienić dzielony superodtwarzacz DP-07/DA-07. Sekcja cyfrowa przetwornika c/a Fluency była dziełem profesora Toraichi z Uniwersytetu w Tsukubie i wykorzystywała procesor DSP do interpolacji danych. To było zaledwie rok po tym (1987), jak Accuphase wypuścił swój pierwszy, również dzielony, odtwarzacz kompaktowy (DP-80/DC-81). Polecam obejrzeć ten komplet Luxmana w internecie. Coś niesamowitego. Z nieco późniejszego okresu, a dokładniej z 1988 roku, pochodził wzmacniacz zintegrowany L-540, pracujący w klasie AB. Chwilę później, w połowie 1989 r. pojawił się jego optyczny „brat-bliźniak” oddający całą swoją, słuszną moc (50 W na kanał) w klasie A. Wykorzystywał zaawansowaną regulację głośności zbudowaną z 32 niemagnetycznych rezystorów rozmieszczonych na dwóch płytkach PCB z żywicy szklanej. Na początku lat 90., pojawili się jego udoskonaleni następcy – L-570X (1992) oraz „ultymatywna” wersja L-570Z dostępna wyłącznie w Japonii. L-570 jest uznawany za ostatnią integrę Luxmana, która odniosła znaczący sukces sprzedażowy. Nie miała ona – dziś silnie kojarzonych z integrami tej marki – wskaźników wychyłowych. Zamiast nich czołówkę zdobiły dwa rzędy dużych prostokątnych, wypukłych przycisków i cztery klasyczne pokrętła.

Od tego czasu mija prawie 30 lat i oto, w ofercie Luxmana pojawia się wzmacniacz, który do złudzenia przypomina tamtą konstrukcję. Model L-595A SE zalicza roczny poślizg, ponieważ 95-lecie marki przypadło na ubiegły rok. Zważywszy na okoliczności, raczej nikt nie będzie tego Luxmanowi wypominał – tym bardziej, że jest to urządzenie oznaczone dopiskiem „Special Edition”. Produkcję zaplanowano na 300 egzemplarzy. Podobno 100 sztuk zostało zakontraktowane na Amerykę, tak więc na resztę świata przypadają zaledwie dwie setki. Egzemplarz, który otrzymaliśmy do testu nosił numer 087. Cena początkowo może studzić zapał – wynosi 58 tys. zł. Gdy jednak rozpakujemy ten wzmacniacz, a następnie go posłuchamy…

 

Obudowy

Uderzające podobieństwo do klasycznych modeli L-570 i L-540 dotyczy tak naprawdę przedniej ścianki, którą wykonano z laserową precyzją, wycinając ją z litego kawałka aluminium o grubości 15 mm. Spodnia część frontu jest czarna i tworzy ją podłużny blok ze stopu obsydianu (skały wulkanicznej), żelaza i aluminium – tzw. alumite (polskiego określenia nie znalazłem). Reszta obudowy wygląda już zupełnie inaczej niż trzy dekady temu. Nie sądzę, żeby tak wykonana górna płyta o wykończeniu hairline (mikroskopijne cienkie linie) mogła powstać w czasach, gdy kompletowałem swoje pierwsze systemy hi-fi. Wygląda to obłędnie, szczególnie pod światło. Dodam, że 570-ka miała górną pokrywę i boki wykonane z drewna. Również ówczesny tylny panel nie mógłby się równać precyzją i solidnością wykonania z tym, co znajdujemy w nowym klasyku. Z każdej strony, pod każdym kątem, wzmacniacz prezentuje się wspaniale. O precyzji montażu można by napisać elaborat. Każda śrubka ma ściśle dopasowane podkładki z miękkiego tworzywa. Nie ma mowy o wyrabianiu gwintów czy zostawianiu śladów na obudowie po wykręceniu śrub. Położenie otworów w pokrywach i korpusie obudowy zgadza się z dokładnością do 0,1 mm. To jest made in Japan w najlepszym, możliwym wydaniu! Tak wykonane wzmacniacze europejskie lub amerykańskie kosztują kilka razy więcej; na zbliżonym pułapie cenowym nie kojarzę żadnego urządzenia, które robiłoby takie wrażenie, z Accuphase’ami włącznie.

Luxman L-595ASE pokrywa hairline

Górna pokrywa o wykończeniu hairline nie tylko wygląda luksusowo, ale jest wytłumiona od wewnątrz. Nawet nie brzęknie — brawo.


Wzmacniacz jest duży (prawie 20 cm wysokości) i naprawdę ciężki (waga pokazała nieco ponad 27 kg), ale nie z gatunku „pomóż mi, bo sam nie dam rady”. W trakcie pracy, także na biegu jałowym, grzeje się bardzo wyraźnie, co jest efektem ubocznym znacznego poboru mocy wynoszącego 270–280 W (więcej niż deklaruje producent) – mimo mocy wyjściowej mniejszej niż u poprzednika, przynajmniej na 8 omach (przy 4 jest pewnie inaczej, bo stopień końcowy zachowuje się jak idealne źródło napięciowe, dublując oddawaną moc). To więcej niż w przypadku też A-klasowych monobloków Bladeliusa, których moc jest trzykrotnie większa.... Bez wątpienia, w przypadku L-595ASE mamy do czynienia z „czystą” klasą A. Odradzam wciskanie tej integry pomiędzy półki o odstępie mniejszym niż 30 cm.

 

Budowa

Luxman L-595ASE wnetrze

Architektura wnętrza bardzo przypomina inne modele.
Wielokomorowa obudowa minimalizuje interferencje, a jakość jej wykonania należy uznać za wzorcową.


Wewnątrz urządzenia panuje wzorowy ład i porządek, staranny montaż oraz ciąg dalszy niezwykłej dbałości o detale. Poszczególne sekcje oddzielono stalowymi, pionowymi grodziami (redukcja interferencji) – dotyczy to absolutnie wszystkich obwodów, włącznie z panelem sterowania (za czołówką) i płytkami wejściowymi. Zwracają uwagę miedziowana szyna ekranu układu regulacji głośności w tylnej części wzmacniacza, plastikowe, zaokrąglone wykończenia przepustów w ekranach, które do zera niwelują ryzyko przetarcia izolacji oraz piankowe łączniki pomiędzy głównymi kondensatorami filtrującymi. Górna pokrywa jest zupełnie niepodatna na rezonowanie (dobrze ją wytłumiono). Architektura wnętrza przypomina droższe modele z regularnej oferty – takie, jak testowane przez nas L-507uXII, czy L-505uXII. Pośrodku mamy rozrośnięty zasilacz, na bazie dużego trafa japońskiej produkcji, które wydaje się identyczne, jak w pierwszym z wymienionych modeli (mogłoby być jednak cichsze) oraz tym razem już nie czterech, lecz ośmiu elektrolitów Nichicona (z nadrukami Luxman), każdy o pojemnościach 10 000 µF/71 V. Dodatkowo, po 4 kondensatory 1000 µF/100 V umieszczono bezpośrednio na płytkach końcówek mocy. Spodnia płytka zawiera dalszą część zasilacza – znajdziemy tu diody Schottky'ego i kolejne pojemności – 2 x 1000 µF/ 100 V i 4 x 3300 µF/35 V. Stopnie końcowe tworzą trzy pary tranzystorów Darlingtona w konfiguracji push-pull, spolaryzowanych do pracy w klasie A. Ta część układu wykorzystuje autorskie rozwiązanie ODNF 4.0, znane z innych modeli Luxmana. To rozbudowany układ szybkiego wzmacniacza korekcji błędów z potrójnym stopniem wejściowym. Tym sposobem unika się zniekształceń fazowych i TIM, związanych z opóźnieniem sygnału w pętli względem wejścia. Jednocześnie zachowuje się jej zalety pod postacią zmniejszonego poziomu zniekształceń i szerokiego pasma przenoszenia. Użycie niskorezystancyjnych przekaźników wyjść głośnikowych przyczynia się do małej impedancji wyjściowej, a więc i dużego współczynnika tłumienia (370).

Za regulację głośności odpowiada firmowy układ LECUA 1000 (Luxman Electronically Controlled Ultimate Attenuator), czyli sterowana mikroprocesorowo regulacja głośności wykorzystująca dwa zespoły tłumików: pierwszy dla zgrubnej regulacji o skoku 11 dB, drugi – o skoku 1 dB. Dane ustawienie pokrętła głośności (klasyczny potencjometr) odpowiada innej kombinacji kluczy i jest aproksymowane z dokładnością do 1 dB w zakresie od -87 do 0 dB. Subtelną, decybelową podziałkę na pokrętle głośności podświetla żółta dioda we frezie wokół gałki. Sposób działania regulacji jest całkowicie płynny, a szybkość jej ruchu (mowa o regulacji zdalnej) właściwie dobrana. Ani przez moment nie przyszło mi do głowy, że kontrola głośności ma charakter dyskretny (nieciągły).

Luxman L-595ASE gniazda

Rocznicowa tabliczka z numerem seryjnym będzie miłym wspomnieniem za 20 lat. Boczne panele są niezależnie odkręcane – wiele tu podobieństw do słynnego konkurenta także z Yokohamy.

 

595-ka jest bardzo bogato wyposażonym wzmacniaczem. Sekcje końcówki mocy i preampu są rozłączane, na pokładzie znajdziemy przedwzmacniacz gramofonowy MM/MC, wzmacniacz słuchawkowy, regulacje balansu, barwy tonu oraz loudness (korekcje są odłączalne). Zestaw wejść liniowych obejmuje cztery pary gniazd RCA i dwie pary XLR-ów (tor sygnałowy nie jest zbalansowany). Pilot, chyba ten sam, co w droższych modelach w klasie A i AB, jest bardzo ładny, lecz trochę za szeroki i przez to niezbyt wygodny. Pasuje jednak do wytrawnego, klasycznego wzornictwa tego, co by nie mówić, pięknego urządzenia.

 

Brzmienie

Luxman, w komplecie z flagowym odtwarzaczem CD/SACD tej marki, trafił do mnie dosłownie w ostatniej chwili, na nieco ponad tydzień przed oddaniem tego wydania do druku. Był wstępnie wygrzany przez dystrybutora, u mnie pograł dodatkowe dwa dni, po czym przystąpiłem do – siłą rzeczy krótszych niż zwykle – odsłuchów.

Luxman L-595ASE przyciski

Kształt przycisków dokładnie naśladuje te z modeli L-570 i L-540 z końca lat 80. Nostalgia, ale też ich jakość budzą uznanie.

 

Czasy egzaltacji każdym nowym, droższym od mojego prywatnego, sprzętem mam już dawno za sobą, ale od czasu do czasu trafiają się high-endowe perełki, które wyzwalają u mnie dreszczyk emocji, a następnie myśl w rodzaju „chciałbym go mieć”. I tak właśnie było tym razem. Uważam, że jest to wzmacniacz wybitny. Wybitny w swoim przedziale cenowym ze względu na samo brzmienie, a tym bardziej wybitny w relacji brzmienie–wygląd–wykonanie do ceny. Raczej nie skłamię dość kategorycznym stwierdzeniem, że żaden z drogich wzmacniaczy zintegrowanych dotychczas nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Sprawa jest prosta o tyle, że L-595ASE dostarcza wszystko to, czego oczekują zarówno melomani poszukujący w pierwszej kolejności przyjemności z odsłuchu, jak i te osoby, które – jak na przykład ja – cenią sobie rzetelność i większe niż minimalne dawki przejrzystości i precyzji. Konstruktorom tej maszyny jakimś „cudem” udało się perfekcyjnie skleić oba te światy. Mamy i detal, i dobrą szybkość, i soczyste barwy, i kontrolę nad głośnikami. Z jednej strony wzmacniacz potrafi więc autentycznie zachwycić soczystością, wręcz mięsistością brzmienia – odnosiłem wrażenie, że z moich wysokoefektywnych Klipschów wylewała się esencja dźwięku high-endowego, swoisty sok. Z drugiej natomiast Luxman nie stwarza wrażenia, że nadmiernie wygładza i dosładza skraje pasm. Owszem, jest to brzmienie ciepłe i zagęszczone – co do tego nie ma wątpliwości – ale w żadnym razie zawoalowane, ciemne czy mało przejrzyste. Nie tak dawno zachwycałem się walorami polskiego wzmacniacza Circle Labs. Luxman jest sporo droższy, więc porównanie może nie do końca fair, ale jest to urządzenie prezentujące, w mojej ocenie, zbliżony poziom naturalności i soczystości dźwięku, tyle że o zdecydowanie lepszej liniowości w oddaniu górnych rejestrów i precyzji basu. Trudno mi pokusić się o porównanie z również znakomitą integrą Trillogy 925, którą testowałem kilka lat temu, ale i w tej konfrontacji Luxman z pewnością pokaże przewagę. Mam na myśli klasę reprodukcji niskiego zakresu. Przyznam, że była to dla mnie największa niespodzianka, a zarazem kolejny dowód na to, że moc wyjściowa wzmacniacza ma się nijak do jakości czy choćby potęgi basu. Luxman jest w tej dziedzinie prawdziwym mistrzem – pomimo pracy w klasie A i pomimo mocy zaledwie 30/60 W na kanał. Niby niewiele, a jednak wystarczająco dużo, by trzymać cztery 10-calowe woofery Klipschów pod żelazną kontrolą. Nie był to może jeszcze do końca poziom Audioneta AMP1 V2 spiętego bezpośrednio z Bartokiem, jeśli chodzi o szybkość i bezwzględną precyzję basu, ale też z drugiej strony nie stwierdziłem sztucznego zmiękczenia czy zaokrąglania konturów. Były natomiast zgoła fantastyczny „miąższ” i wypełnienie, realistyczne oddawanie barw instrumentów, jak również wzorcowe rozciągnięcie w rejony 20-hercowe – i to bez żadnego „kucania” czy tworzenia może i miłego, ale jednak nieprawdziwego efektu poduszki. Nie wiem, w jaki sposób konstruktorom udała się ta sztuka, ale zespolenie tych wszystkich cech basu w tym jednym wzmacniaczu zintegrowanym pozwala zanegować sens istnienia dwukrotnie większych i tyle samo droższych wzmacniaczy dzielonych. Z kolei sposób oddawania barw, wolumen średnicy, naturalność głosów, czy fortepianu kwestionuje – przynajmniej dla mnie – racjonalność zakupu wzmacniaczy lampowych dużej mocy (triody single-ended pozostawię w świętym spokoju, by nie być posądzonym o utratę zmysłów). Nie oferują nic więcej, a pod względem dynamiki, szybkości oraz kontroli niskich tonów nie mają z Luxmanem szans. Żeby nie być gołosłownym doprecyzuję, że mam tu na myśli także znacznie droższe i nominalnie dużo mocniejsze lampowe końcówki mocy.

Luxman L-595ASE trafo

Pośrodku mamy rozrośnięty zasilacz, na bazie dużego trafa japońskiej produkcji i ośmiu elektrolitów Nichicona (z nadrukami Luxman), każdy o pojemnościach 10 000 µF/71 V.

 

Wspomnę jeszcze o wysokich tonach. Co tu dużo mówić, są świetne. Nieprzygaszone, obfitują w detale i nie tłumią mikrodynamiki. To nie jest ostatnie słowo w dziedzinie precyzji i konturowania, ale ten ich złocisty blask i lekko słodkawy posmak wybornie komponują się z całą resztą. Także dzięki nim Luxman wykazuje się dużą wyrozumiałością dla średnio czy gorzej nagranych płyt. Nowego Raya Wilsona, na kilka dni przed toruńskim koncertem, wysłuchałem od deski do deski, odtwarzając tę płytę – a jakże – z vintage’owego odtwarzacza (transportu) Sony CDP-557ESD. Nomem omen, niemalże równolatka protoplastów testowanego „Luxa”. Boskie to było granie!

 

Galeria



Naszym zdaniem

Luxman L 505ASE zzzLuxman L-595A Special Edition to wzmacniacz autentycznie wyjątkowy i to pod wieloma względami. Jeden z tych, które potrafią wywołać prawdziwy przypływ emocji i wyrzut adrenaliny. Czaruje nie tylko wyglądem i wzorcowym wykonaniem, ale także – a może przede wszystkim – jakością oferowanego dźwięku. Nie mam wątpliwości, że zostanie zapamiętany. Boję się też, że może to być jedna z ostatnich takich integr. Świat się zmienia, wymierają prawdziwe auta z silnikami V8 i V12; ten sam los może spotkać takie oto Luxmany. Kto może, niech zamawia. Szczególnie dziś można – i chyba należy – taki zakup potraktować w kategoriach inwestycji. Kto kupi, szybko nie sprzeda – tak mniemam. Gdybym mógł, sam bym zamówił.

 

Artykuł pochodzi z Audio-Video 9/2021 - KUP PEŁNE WYDANIE PDF

 

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Kontakt z redakcją