| Tekst i zdjęcia: Filip Kulpa
Radykalny koncept Odtwarzacz strumieniowy Linn Sneaky DS
Do testowania Sneaky’ego podchodziłem jak pies do jeża. Gdy jednak już rozpocząłem odsłuchy, moje źrenice powiększały się z każdą godziną, a żuchwa niebezpiecznie zaczęła przybliżać się do podłogi

Dystrybutor: Linn Polska, www.linnpolska.pl Cena: 1200 funtów (ok. 5500 zł)
Wierni czytelnicy AV zapewne pamiętają nasz entuzjazm wobec pierwszego odtwarzacza strumieniowego Linna, jaki mieliśmy okazję testować (Majik DS, AV 5/09). Sneaky DS jest jego uproszczeniem, a zarazem rozszerzeniem. Nie ma wyświetlacza, jest mniejszy, a mimo to zawiera wzmacniacz 2 x 20 W. Oznacza to ni mniej, ni więcej tyle, że czerpie dane z serwera plików UPnP (np. dysku sieciowego, serwera NAS) za pomocą sieci Ethernet i wypuszcza sygnał analogowy zdolny poruszać głośniki. Absolutny minimalizm – a do niedawna jeszcze science fiction. Oznacza to potencjalnie najkrótszą możliwą ścieżkę sygnału biegnącą wprost ze studia nagraniowego (zakładając, że kupujemy album w postaci plików FLAC / AIFF / WAV) do naszych kolumn. Płyty w jakości CD lub wyższej (24 bity, 88,2, 96, 176,4 kHz) są już w sieci, gotowe do ściągania. To zbiory plików, które (w większości) „uniknęły” skomplikowanych procesów konwersji częstotliwości próbkowania (np. z 48 do 44,1 kHz) oraz wieloetapowej produkcji mastera CD-R, glass mastera itd., nie wspominając już o replikacji (tłoczeniu) gotowego srebrnego krążka. Słowem, marzenie każdego audiofilskiego labelu. Czyż nie brzmi to zachęcająco?
Linn był pierwszym producentem poważnego sprzętu audio, który dostrzegł koniec ścieżki rozwojowej dla tradycyjnych źródeł cyfrowych. Zamiast bawić się w zintegrowane dyski twarde albo porty USB, postanowił całkowicie odseparować nośnik danych (dysk) od urządzenia odtwarzającego. Sieć komputerowa załatwia sprawę. Transmisja pakietowa pozwala wysłać wszystkie czytniki optyczne na śmietnik, zlikwidować najpoważniejsze źródło awarii, rozprawić się z wibracjami i jitterem. Drogą tą podążają już inni, m.in. Naim, PS Audio, Wadia.
Funkcjonalność Sneaky jest bardzo mały i w porównaniu do innych DS-ów bardzo przystępny cenowo. OK, nie ma wyświetlacza, ale nie jest on tak naprawdę potrzebny. Możliwości sterowania tym urządzeniem są liczne i właściwie każda z opcji pozwala zapomnieć o klasycznym displeju. Najwygodniejsze rozwiązanie to iPhone lub iPod Touch z wgranym oprogramowaniem Songbook (odpłatnym, ściąganym z Applestore). Pisaliśmy o tym w recenzji Majika DS, w związku z tym ograniczę się do krótkiego przypomnienia. Aplikacja pozwala na niemal pełne zarządzanie odtwarzaniem plików, ich wyszukiwanie według standardowych kryteriów (tagów), tworzenie playlist, oglądanie okładek. Co więcej, Songbook (oraz inne, podobne aplikacje dostępne w Internecie) pozwala w banalny sposób zarządzać całym systemem multi-room zbudowanym na bazie kilku, kilkunastu odtwarzaczy DS. Prościej rzecz ujmując, w salonie może grać Majik DS, a w pracowni lub sypialni – właśnie Sneaky podłączony do dobrych monitorów, na przykład. Nie trzeba chodzić z płytami ani nosić żadnych pendrajwów. Oczywiście w każdym pomieszczeniu może grać co innego, włącznie z radiem internetowym. Genialne. Możliwości Linna są tutaj zbliżone do opisywanego niedawno systemu Sonosa. Tyle że Linn oferuje znacznie wyższą jakość dźwięku. Jest rozwiązaniem dla wymagających.
Sneaky DS otrzymał czujnik podczerwieni, w związku z czym poziom głośności lub przeskakiwanie utworów w ramach utworzonej playlisty możemy zadawać z pilota systemowego. Fakt ten dotarł do mnie na samym końcu testu, gdy drukowana wersja niniejszej recenzji była już gotowa ...
Budowa Najtańszy DS ma metalową obudowę o wysokości zaledwie 44,5 mm, nie licząc stopek, które – jak się okazuje – pozwalają na zastosowanie jednego z dwóch ustawień urządzenia. Prócz poziomego możliwe jest także pionowe, co wydaje się doskonałym rozwiązaniem, gdy na stoliku nie ma już wolnej półki. Zmiana orientacji urządzenia odbywa się banalnie – poprzez wykręcenie czterech walcowanych wsporników i przekręcenie ich o 90 stopni. Co więcej, operacja ta nie wymaga użycia żadnego narzędzia. To się nazywa pomysłowość!

Tylna ścianka wygląda zupełnie inaczej niż w typowych urządzeniach audio, choćby amplitunerach CD. Pierwsza różnica to złącze RJ-45 Ethernet, trzy porty sterowania RS-232 i RC5 oraz brak jakichkolwiek wejść sygnałowych. Wyjścia są za to trojakie: głośnikowe (niestety BFA, a więc mało kompatybilne), analogowe pre-out (do końcówki mocy lub subwoofera) oraz cyfrowe. Jeśli nie korzystamy z wyjść głośnikowych, wewnętrzny wzmacniacz można (warto) odłączyć w menu programu Konfig. Wyjścia cyfrowe udostępniają sygnał „surowy” lub po upsamplingu (w wypadku płyt CD do 24 bitów / 176,4 kHz).
Wnętrze Sneaky’ego prawie w całości wypełnia duża płyta główna SMD, zajęta procesorami (wśród nich Xilinx Virtex) i pamięciami. Właściwie nie ma tutaj typowych części stosowanych w sprzęcie audio, poza przetwornikiem Wolfsona (WM8740) i stabilizatorami napięć. Na temat wzmacniacza trudno coś konkretnego powiedzieć, poza tym, że to układ impulsowy, autorskie opracowanie Linna. Zasilacz zamknięto w szczelnej metalowej puszce.

Potęga upgrade'u oprogramowania Całkiem niedawno Linn wypuścił ważną aktualizację oprogramowania (Cara 4), która pokazuje, jak wielkie możliwości tkwią w produktach tej firmy i jak serio są traktowani klienci. Upgrade jest oczywiście bezpłatny i nie polega wcale na dodaniu jednej czy dwóch funkcji. Najistotniejsze jest to, że powoduje poprawę jakości brzmienia (nowe algorytmy filtracji cyfrowej z dodanym ditheringiem), ale nie tylko. Udoskonalono oprogramowanie konfigurujące nastawy urządzenia, dodano także dekodowanie brakujących formatów Apple. Mniej więcej równolegle wypuszczono nową wersję oprogramowania na PC do zdalnej kontroli wszystkimi DS-ami (Kinsky Desktop). Ma ono możliwość odtwarzania strumieniowego wprost z komputera, zastępując serwer UPnP. Ponadto istnieje opcja utworzenia do 1000 playlist i załadowania ich do pamięci urządzenia, po to by ulubioną muzykę odtwarzać w sposób nieprzerwany przez wiele godzin, bez żadnej asysty użytkownika.
Cały tekst recenzji przeczytasz w Audio-Video 3/2010
» wróć |